niedziela, 25 lutego 2018

Pele i Stadion Śląski


Habemus Bajbus ( przypomniało mi się z okazji... )

Kompletnie zapomniała o swojej szczęśliwej siódemce. Uśmiechała się, gdy kopałam i wierzgałam, bo nie czuła się samotna od momentu, gdy pewnego dnia Anna obudziła się z dziwnym uczuciem. – Świetnie spałam – pomyślała. Zastanawiał ją dziwny stan błogości w jaki właśnie wpadła. Czuła się nadzwyczajnie. – Jestem w ciąży – pomyślała z mieszanymi uczuciami. Nie była przygotowana na macierzyństwo. Była ładna, szalenie zgrabna, o idealnej figurze modelki. Nie bardzo miała teraz ochotę na tego "trzeciego" w jej egzystencji. 

Ja 

– To jest chłopak – myślała dotykając lekko brzucha. Oczywiście chłopak, bo jakżeby inaczej, cała rodzina czeka na chłopaka. Gdy oznajmiła mężowi swą niesprawdzoną jeszcze nowinę, wykrzyknął: O! Habemus Bajbus, to mamy Bajbusa! Dotknął lekko jej płaski jak deska brzuch i szepnął: Dzień dobry Trzeci. Witaj Bajbus! 

Mama 

Tymczasem Anna z niepokojem myślała o czekających ją długich dziewięciu miesiącach. Chodziłyśmy na wykłady: statyka, ekonomika przemysłu itd, a ja rosłam sobie w brzuchu Anny, huśtana wygodnie. Zaliczyłyśmy semestr zimowy i sesje egzaminacyjną, a na letni zabrakło nam sił. Anna bardzo życzyła sobie, aby junior urodził się właśnie teraz, w 30 urodziny męża. Kompletnie zapomniała o swojej szczęśliwej siódemce. Uśmiechała się, gdy kopałam i wierzgałam, nie czuła się samotna. Czas dłużył się. Mnie się nie śpieszyło i huśtana wygodnie przespałam wszystkie siódemki, czym zawiodłam ją po raz pierwszy. Wreszcie pierwszego wynurzyłam się z jej brzucha. Owiał mnie chłód i suchość powietrza, poczułam klapsa na pupie, po czym mój doniosły wrzask rozległ się na korytarzu... 

Ołówek kopiowy położnej 

– Ma Pani córeczkę – powiedziała położna. – Dziewczynka? – zdziwiła się Anna. Nie, to przecież niemożliwe, to jest syn, tak na pewno chłopak – wykrztusiła z siebie. – Jeśli Pani nie chce tej ślicznoty, to włożymy ją z powrotem – bardzo poważnie oświadczyła położna, widząc zawiedzioną minę Anny. Trzymała mnie owiniętą w kocyk i kołysała delikatnie. Ciągle czułam tego klapsa na mojej pupie i wrzeszczałam ile tylko mogłam. – Ale ma głos i płuca – westchnęła położna. 

Anna była strapiona, nie wiedziała co powie mężowi, jak nazwać „to dziecko“ i w ogóle jak się takie maleństwo trzyma, przewija i kąpie. Nigdy właściwie nie trzymała w rękach noworodka. Ba! Wszystkie niemowlaki jakie do tej pory oglądała wydawały się jej prawie jednakowe i wszystkie tak samo brzydkie. Tymczasem położna bardzo troskliwie się mną zajęła, a następnie położyła mnie koło Anny. Teraz patrzyłyśmy na siebie dłuższą chwilę w milczeniu. Ona starała się zapamiętać moją twarzyczkę. Czułam jak opisywała ją w swoich myślach. Bacznie przyglądała się położnej, gdy ta obwiązywała mi rękę paskiem z wypisanym kopiowym ołówkiem nazwiskiem, do którego ona sama jeszcze się nie przyzwyczaiła. Przespałyśmy do rana. Niestety nie obok siebie. Bardzo mi brakowało jej bliskości i jej ciepła, oraz bujania. Ciągle czułam chłód i głód. Jeszcze tej nocy przyssałam się do ciepłej miękkiej góry. Pachniała mamą, ssałam z całej siły, ale głód nie ustępował, nic nie leciało. Ze zmęczenia zasnęłam. 

Tata 

Rankiem obudził mnie hałas. Człowiek, który stanął nade mną wrzasnął: Jaki śliczny Bajbus. Śliczne Pupi – młody mężczyzna patrzył się na mnie szarymi oczami. Miał regularne rysy, zgrabny nos, włosy zaczesane od czoła do tyłu, mocno skręcone, brązowe. – Bajbus, to ja Twój ojciec, Twój tato, a teraz Ty jesteś moje Pupi – powiedział pół szeptem, pochylając się nade mną. – Popatrz Aniu, Bajbus się do mnie uśmiecha. – Och – westchnęła Anna. – Oby Bajbus był taki jak obie bajbusowe babcie. Anna z coraz większą czułością brała mnie - Bajbusa - na ręce. Patrzyłam w oczy Annie, gdy ssałam pachnące góry, lekko dotykając piąstką jej ciała, ciała mojej mamy i zachłystując się cudownym nektarem szybko go połykałam. Martwiła się bardzo jak sobie ze mną poradzi, gdy wrócimy do domu. Przyzwyczajałyśmy się do siebie. Kilka razy dziennie pochylały się nade mną jakieś postacie, które nie szczędziły zachwytów nad „słodkością“ i urokiem Bajbusa. 

Dziadek 

W końcu wynieśli mnie ze szpitala owiniętą w puchowy becik wprost do samochodu, uderzyła jasność punktu na niebieskim tle. Zamknęłam oczy. Dopiero gdy pokanaliśmy ileś kroków w górę, otworzyłam jedno oko. Tata trzymał mnie w ramionach i dzwonił do drzwi, które natychmiast otworzył wysoki, prawie łysy człowiek, ale z włosami pod nosem. – Tato, to jest Mój Bajbus, moje Pupi – powiedział dumnie mój tata. Aha, więc to była prezentacja dziadkowi, i choć uwierała mnie mokra pielucha, nawet nie pisnęłam. – Gratuluję – odpowiedział. – Od teraz mój synu masz głowę pełną zmartwień przez całe życie – skwitował i mrugnął do mnie znacząco. Aha, to zapowiadało dobrą, szczerą przyjaźń z dziadziem. Mama była zmęczona i czekała na nas w samochodzie. 
Sierżant 
Zatrzymał nas patrol drogowy. Zwykła rutynowa kontrola. Tata bardzo zniecierpliwiony podał dokumenty swoje i pożyczonego samochodu. – Panie sierżancie, nie widzi pan? Najcenniejszy skarb wiozę! Syna wiozę, syna!. Bajbus ma 8 dni i już czas najwyższy do domu, muszę Bajbusa wykąpać, a pan nas zatrzymuje. – Bajbus! Daj głos, bo pan sierżant gotów nie uwierzyć. Usłyszawszy rozkaz nie miałam zamiaru być nieposłuszna Tacie, przecież dopiero co się poznaliśmy, zatem mimo że byłam najedzona i drzemałam wygodnie, rozdarłam się z całych sił. Mój donośny głos, który już w szpitalu wyróżniał się od innych, było chyba słychać aż na 4. pietrze w kamienicy, gdzie siedział w fotelu dopiero co poznany starszy wysoki mężczyzna, trochę zawiedziony, że na ciągłość rodu będzie trzeba poczekać. 

Moja rodzina


 Któregoś ranka mama pochyliła się nade mną i przyglądała się uważnie. Tak samo, jak wówczas pierwszego dnia, odrysowywała teraz z pamięci każdy szczegół z mojej twarzy. – Wiesz – zwróciła się do męża – śniło mi się, że w szpitalu zamienili nam Bajbusa. – Aniu, no co Ty, to niemożliwe, nie martw się. Nasz Bajbus jest nasz, i jest jedynym Bajbusem na całym świecie, na dodatek urodzonym w Dniu Dziecka. Nawet gdyby zamienili, to przecież wszystkie dzieci są nasze. Spij, spokojnie.

czwartek, 1 lutego 2018

Me Too ?On nie winien ona winna bo pozwalać nie powinna

Chyba każda kobieta ma jakieś doświadczenie w kwestii molestowania, dwuznacznej męskiej gentelmenerii, szantażu i niemoralnych propozycji lub po prostu podrywu. O ile mnie pamięć nie myli, to faceci gdy prawili kobiecie komplementy i szeptali niedwuznaczne propozycje, czyniąc przy tym kontakt osobisto-zaczepny, to czuli się dżentelmenami, adonisami. Niektórym kobietom schlebiała tego typu "szarmanckość". Lubiły gdy facet tak podrywa, łapie za kolano, klepie po pupie lub w oparciu o ścianę całuje... albo leniwie podnosi jej rękę aż do swych wąsów, wyprostowany jakby kija połknął, zatrzymywał usta na powierzchni dłoni. Słyszałam nie raz jak dziewczyny przy kawie wymieniały doświadczenia i opowiadały nie jedną taką przygodę biurową, co to ni to flirt, ni początkujący romans. 
Niezapomniany obrazek mam przed oczami. Facet z lubością ogląda wisiorek na szyi pięknej dziewczyny. Wisiorek wziął w palce muskając jej piersi westchnął: ach jak chciałbym być tym wisiorkiem i ponownie musnął dłonią, niby przypadkiem. Kobieta nie wytrzymała i chlasnęła go w twarz. Ksiutą przecież być nie chciała. Straciła pracę, bo on był na "fotelu". Co innego szantaż, coś za coś, za pójście do łóżka. no właśnie co ?

Co do mnie, to bardziej dotknęły mnie dyskryminujące odmowy na podanie o pracę.
"nie mogę Cię przyjąć do pracy, bo zaraz wszyscy powiedzą, że jesteśmy kochankami". "Gdy wyjdzie pani z tego gabinetu z moim podpisem posądzą nas o romans" "Młoda mężatka? zaraz mi zablokuje etat urlopami macierzyńskimi, i jeszcze powiedzą, że dziecko jest moje"- stwierdził starszy od mojego ojca dyrektor. Wyszłam i płakałam całą powrotną drogę. A następnego dnia był telefon, że bierze ryzyko na siebie i mam przyjść do pracy.

No i jakoś udało mi się różne rzeczy osiągnąć, o dziwo bez "molestowań" i niemoralnych propozycji. Czy to znaczy, że aż tak szkaradna byłam...? ;-)

piątek, 19 stycznia 2018

O palcach dłoni i... pierścionkach.

Czy w grze w tenisa czy w kuchni, w szermierce,  w pisaniu, nasze dłonie i palce odgrywają ważną rolę. Nie tylko pracują, również zdobią, te zadbane, gładkie i ozdobione. Pielęgnacja dłoni jest często zapomnianą czynnością higieny codziennej. Pilniczki z całym arsenałem narzędzi to ważny komponent w kosmetyczce, nie zapominając o kremie do rąk. Manicurzystki albo zrobią z naszymi dłońmi cuda albo same będziemy czarowały tak by dłonie były boskie, nawet gdy są spracowane. Wiem, wiem, nie każda/y ma dłonie pianisty, smukłe, długie, pięknie kształtne.
Władzio Liberace, genialny muzyk, który z klasycznej gry na fortepianie zrobił spektakl rozrywkowy, był chyba jedynym pianistą grającym w pierścieniach. Żaden inny pianista nie odważył się grać mając na palcach kilka olbrzymich kamieni wmontowanych w pierścionki. Taka demonstracja biżuterii była kiedyś zarezerwowana dla bizantyjskich władców. Wkładano je wówczas na palec, na który wielkością pasował pierścionek, sygnalizował bogactwo i władzę. Z czasem sprawa noszenia biżuterii ewoluowała i nabrała finezji. Pierścienie nosili mężczyźni stanu rycerskiego. .Jednak nie każdy palec nadawał się do noszenia pierścieni. W czasach łuku i kuszy, najważniejszym był palec środkowy. To na nim opiera się strzała gdy łucznik napina cięciwę. Złapanemu jeńcowi obcinano właśnie ten palec, by przestał być niebezpiecznym. Toteż pokazanie wrogowi środkowego palca znaczyło wówczas: Jestem groźny i jeszcze dosięgnie cię moja strzała. Palec ten, jako że najdłuższy, najlepiej się nadawał do medycznych praktyk badania i uzdrawiania. Wkładał go więc medyk w ludzkie otwory. Rycerze nosili rękawice więc pierścionek pod rękawicą tylko na małym palcu i na serdecznym nie przeszkadzał  szczególnie w fechtunku mieczem czy szablą. Z czasem kobiety przejęły te obyczaje. Noszenie rękawiczek ograniczało noszenie pierścionków, nawet na bal nosiło się rękawiczki za łokieć. Elegancja nabierała innych wartości, liczyła się jakość i skromność a nawet piękno prostoty. Oczywiście ważnym jest noszenie odpowiedniego pierścionka, biżuterii do odpowiedniej pory dnia. Im kamień w pierścieniu wartościowszy tym miał skromniejszą oprawę, taki pierścień zarezerwowany jest na uroczystą okazję oraz ma miejsce na palcu serdecznym, czyli czwartym. Na bal czy ślub obciążamy biżuterią głowę, szyję, uszy a najmniej palce.  Mały palec może zawsze zdobić sygnet. Środkowy, niewygodny i mający pejoratywne znaczenie do dziś, pozostał obowiązkowo "goły". W kręgach dyplomacji, arystokracji,  ziemiaństwa i wzorującej się na nich inteligencji całej europy, te kanony przyjęły w tradycji savoir vivru. Dodać trzeba, że gestykulowanie dłońmi w trakcie rozmowy było wielce nietaktowne gdyż machało się pierścionkami w oczy rozmówcy. (Panienkom na ostatnim i pierwszym palcu przypinano małe dzwoneczki, by oduczyć się nadmiernej gestykulacji.) Tylko Władziu szalał po klawiaturze dłońmi z pierścieniami. Jemu uchodziło. Na Władziu Liberace wzorowali się liczni artyści toteż moda na noszenie imponujących, wielkich pierścieni z estrady zeszła w tłum fanów. Jednak na żadnym z oryginalnych zdjęć tego pianisty nie zauważyłam by nosił cokolwiek na palcu środkowym. Ale....tempora e mores mutantur.  Barb. RK.


piątek, 12 stycznia 2018

Nie wiem czy ktoś jeszcze dziś pamięta Amicisa. Tej nocy przyśniły mi się jego opowiadania. Bardzo je przeżywałam w tzw. latach szczenięcych. Czytając roniłam morze łez.  Marco szukał matki aż pod Apeninami. Śledziłam na mapie jego drogę poszukiwań. Chyba od tego zaczęła się moja "miłość" do geografii.  Nad pisarczykiem z Florencji też się wypłakałam ze wzruszenia. Tych opowiadań nie zapomniałam w najmniejszych szczegółach. Teraz wyszukałam je. Wydały mi się kiczowatymi wyciskaczami łez i to mnie zasmuciło, rozczarowało. Czy w dzisiejszych czasach ktoś by uwierzył w taką historię? Czy wzruszyłaby? wycisnęła łzę? Wątpię by w ogóle podobne sytuacje, opisane w opowiadaniu, miałyby   mieć miejsce, mogły zaistnieć. Czyżbyśmy byli już niewrażliwi? Zbyt wiele filmów, dramatów, katastrof  w natłoku informacji, którymi jesteśmy karmieni, uodporniło nas i nasze dzieci tak od działania jak i empatii, bo o poświęceniach nawet nie marzę.  A może mi się tylko wydaje ?

środa, 10 stycznia 2018

Czy istnieje nuda?

Niby się nie nudzę, bo zasypianie na siedząco nie ma przyczyny w nudzie a w ...niskim ciśnieniu i bezruchu. A sen to przecież zdrowie, mózg się czyści, organizm regeneruje.
Czytam różne opracowania różnych ludzi, dostrzegam sprzeczności albo mijanki w tymże samym temacie.
Chyba dojrzewam do zabrania się za .... i tu jeszcze czarna dziura. Za wcześnie by ją rozjaśniać. W każdym razie nie zakończyłam przygody z grafomanią aczkolwiek nie wiem jak ją dalej potoczę.
chyba chwilowo tyle.... nic więcej mi do łba nie przychodzi. Za oknem śniegu kupa, lekki mrozik, kominek, idealna atmosfera by pisać...Co to nuda?
nuda to lenistwo, śmierdzące lenistwo... brak motywacji wszelakiej, współzawodnictwa, przywództwa, zajęcia ulubionego i znienawidzonego też, brak trosk i kłopotów. No, może te ostatnie, jeśli są, to nie interesują na tyle by motywowały do działania. Z resztą i bez reszty też, szkoda martwić się  na zapas.
Po odkopaniu się z metrowego opadu śniegu bolą mnie gnaty i ogarnęło zmęczenie no i nieróbstwo.
Ale czy nieróbstwo to to samo co lenistwo?
CHyba pójdę zrobię przepierkę swetrów, bo mrozy idą....

wtorek, 9 stycznia 2018

Orzeł - patriotyczna srebrna brosza oraz szpila. Szpilka ma herb, wycięty z złotej monety. z albumu B.Romer / Fot. B. Romer Kukulska
Odzyskana niepodległość w 1918 roku miała także ogromny wpływ na modę. Kobiety wreszcie zrzuciły czarne i szare stroje, zaczęły nosić naturalne korale i kolorową biżuterię. Dla mężczyzn wreszcie osiągalny stał się wymarzony polski mundur. Od chwili upadku powstania kościuszkowskiego demonstrowano patriotyzm oraz Kajdan - widoczne trzy śruby, jako damska bransoletka, w rzeczywistości cieniutka jak papier. z albumu B.Romer / Fot. B. Romer Kukulskażałobę narodową w bardzo różny i wymyślny sposób. Pomysłów było tyle, ilu patriotów. Każdy na miarę swoich możliwości, od konfederacji barskiej począwszy, podkreślał niewolę i jarzmo zaborcy. Symbolika patriotyczna była czymś więcej niż tylko modą, produkowano także biżuterię prostą, niedrogą z dostępnych materiałów. Często były to czarne krzyże jako symbole cierpienia i męki. Od 1815 roku, gdy represje były już bardzo dotkliwe, noszono pierścienie będące znakiem rozpoznawczym tajnych sprzysiężeń, np. Filaretów, z wygrawerowanym napisem "Przyjaźń Zasłudze". Trend patriotyzmu symbolicznego rozpowszechnił się po upadku powstania listopadowego. Upadek powstania styczniowego miał katastrofalne konsekwencje dla społeczeństwa polskiego. Skazano setki powstańców na Sybir, konfiskując całe ich mienie. Za używanie zakazanego języka polskiego groziła zsyłka. Wielu uwięziono na dziesiątki lat, prześladowano, uczyniono wiele krzywdy ludzkiej. Osierocono wiele dzieci. Społeczeństwo odpowiedziało milczącym buntem oraz demonstracją solidarności i patriotyzmu, jakby krzycząc "jeszcze Polska nie zginęła". Nastąpił, rzec by można, rozkwit mody patriotycznej. W tym samym czasie w Paryżu moda rozkwitała w kolorach. Fotografia zdobywała uznanie i błyskawicznie się rozwijała. Paryskie rzemiosło jubilerskie czarowało wzornictwem i barwami. W pracowni Fabergé stosowano kolorowe kamienie i emalie, a car zamawiał sławne jajka wielkanocne. Kobiety nosiły tam przecudne koronkowe, kolorowe suknie i wspaniałe malowane wachlarze. Tymczasem w ziemi "Kraju Nadwiślańskiego"(taką półoficjalną nazwą zastąpiono Królestwo Polskie po 27 lutego 1863 roku) kobiety przywdziewały czarne żałobne stroje i używały czarnych wachlarzy, symbolizujących niewolę i uciemiężenie zaborcy. Nosiły czarną biżuterię. Robiono ją z czarnego dębu (dąb pod wpływem wody czernieje), z hebanu, z rogu i kości zwierzęcych farbowanych na czarno. Na szyi kobiety ostentacyjnie nosiły hebanowe łańcuchy z czarnym medalionem, w którym była fotografia zesłanego na Sybir brata, ojca, lub męża. Wyrabiano małe ozdoby z rogu, z metalu - ze srebra z dodatkami czarnej emalii i masy kazeinowej, ebonitu i wulkanitu, a nawet korale z obsydianu i czarnego onyksu. 
Symbolika przybierała różne formy, produkowano bransolety - kajdanki, pierścienie, sygnety, kolczyki, brosze, szpile do kapeluszy. Z kolei do męskich kołnierzy z herbami Korony - Polski i Litwy - Orła i Pogoni. Sybiracy przysyłali do domu wyrabiane przez nich samych z ich własnych włosów (lub końskiego włosia) bransolety i naszyjniki. Z drobno zaplecionych cienkich warkoczyków splatano grubszy na ok 1,5 cm, zakończony metalowym zapięciem i kawałkiem zwierzęcej kości.Te jakby znaki rozpoznawcze, posiadania w rodzinie zesłańca, łączyły w solidarności i wzajemnej pomocy. Niestety, szpicle także o tym wiedzieli. Władze zaborcy uważały ten sposób demonstrowania solidarności ze skazanymi powstańcami za bunt przeciw caratowi, dlatego noszenie tej pełnej symboliki biżuterii było ryzykowne, a co dopiero fotografowanie się w niej. Karano to surowymi grzywnami. Z Francji dotarła moda na fotografię, która akurat z dagerotypu przeszła na papier światłoczuły. Dzięki temu przetrwały do dziś jakiekolwiek dowody. Fotografowano się w biżuterii patriotycznejMedalik srebrny z herbem Korony - Polski przedrozbiorowej ( Herb Orła i Pogoni. Trzy kolory przypominają o Konstytucji 3 Maja, taki jest napis na rewersie. (kolory : wolność równość braterstwo) z albumu B.Romer / Fot. B. Romer Kukulska by następnie te zdjęcia, jako dowód pamięci zaklęty w papierze, wysłać do bliskich zesłanych na Sybir. Przekuwano kajdany powracających i na powstałej biżuterii grawerowano napisy z datami ważnych wydarzeń. Dopiero zakończenie I Wojny Światowej spowodowało euforię nadziei. W 1918 roku polscy mężczyźni zrzucili obce mundury, a kobiety zdjęły czarne suknie i czarną biżuterię, która zawędrowała do lamusa. Ta włosiana po II Wojnie Światowej kojarzyła się źle i najczęściej trafiała na śmietnik (z włosów więźniów obozów koncentracyjnych wyrabiano sienniki). Zachowały się fotografie i jakieś strzępy symboliki patriotyzmu, tak ważnego dla naszych przodków. Być może, ktoś ma w domu takie przedmioty i nie zna ich znaczenia i historii. Dlatego chciałabym o nich przypomnieć. Dziękuję Panu Robertowi Ramarkowi za pomoc, gdyż nie miałam potwierdzenia dla moich "legendarnych" przekazów rodzinnych. O biżuterii patriotycznej można znaleźć na stronie Muzeum Chrzanowskiego oraz jak podaje Pan Robert Ramark w publikacji : Jadwigi Waydel Dmochowskiej ''Jeszcze o dawnej Warszawie'' oraz ''Polskiej Biżuterii'' M.Knoblocha

 http://www.wiadomosci24.pl/artykul/patriotyzm_w_modzie_169476-2--1-d.html





niedziela, 7 stycznia 2018

Dziennikarstwo obywatelskie umarło śmiercią naturalną. Ten tekst napisałam dawno temu i do dziś nie zmieniłam zdania. A opowiadania piszą wszyscy, no prawie wszyscy. Sieć pęka od pisaniny przeróżnej. Tylko kto to czyta? Od kiedy odkryłam cudze blogi, moje pisanie zdecydowanie ucierpiało. Postanowiłam ich unikać. 

Problem w tym, że nie jest to takie proste. Stale ktoś poleca mi coś ciekawego do poczytania, oczywiście w jakimś nadzwyczajnym blogu. Trafiam też na blogi cytowane w artykułach. Słowem, blog blogiem pogania i bloga goni, a ja po przeczytaniu kilku, czuję się jak wyprana w pralce. Chyba po prostu zbytnio identyfikuję się z autorem bloga. 

Po pierwsze, stwierdzam, że ten blog jest świetny i ja na pewno nic lepiej, ani więcej już nie napiszę. Po drugie, jeśli temat mnie interesuje, to ktoś niejako mi właśnie go skradł i rozpracował, a więc mnie pozostała tylko frustracja, ponieważ odnoszę wrażenie, że już wszystko o wszystkim zostało napisane, a ja znów się spóźniłam. 
Po trzecie, blogi o charakterze pamiętnika dobijają mnie kompletnie. Czuję jakby ktoś obcy czytał mój pamiętnik, a to rzecz dla mnie nie do pomyślenia, jak i to, bym ja czytała cudzy. To jakbym wchodziła w głąb czyjejś duszy i sumienia, we frustracje, zachwyty, wrażenia troski i smutki. Nie… 

Mam różne manie, ale na blogomanię się chyba złapać nie dam. Cudza sfera intymna nie jest przedmiotem mojego zainteresowania, albowiem dla mnie to ekshibicjonizm własnej duszy, obnażanie własnego „ja“. To są powody dlaczego blogów unikam jak ognia. 

Wczoraj moja przyjaciółka zapytała : - Dlaczego nie piszesz bloga? Leniuchujesz. Czternastolatka wygrała konkurs na blog “Onetu”. Hmm… Zrobiło mi się przykro. - Ta dziewczynka pisze bloga, bo umarł jej Tata. To mną wstrząsnęło. Przypomniało mi się, że gdy miałam lat czternaście, pisałam pamiętnik, gdyż moja dusza cierpiała, nie mogła pogodzić się z „głupotą“ rozwodzących się rodziców. Ten pamiętnik był częścią mnie, moich myśli, mojego bólu i pretensji do świata oraz rodziców, a więc były moją wyłączną własnością. Nigdy nie chciałabym, by ktokolwiek go przeczytał, a co dopiero by był opublikowany. Czy to Big Brother zmienił styl życia? Rozumiem, że poplotkować, czy podzielić się “gonitwą swoich myśli” każdy lubi, ale nie mogę pojąć, jak były premier może się ośmieszać, opisując w blogu szczegółowo i obrazowo swoją nadzwyczajnie wielką“ miłość? Czasami chętnie zaglądnę do, stylowo różnych, blogów: Tezeusza, Daniela Passenta, Alicji Karłowskiej, Beaty Biały, Agatkowa i Wyrwane z kontekstu. I na tym koniec. 

Zapytałam przyjaciółkę, dlaczego mam aż tak otwierać swoją duszę przed całym światem? - Wiesz co, za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałowała tego, czego nie zrobiłaś, niż tego, co zrobiłaś. A zatem odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj. - Sparafrazowała Marka Twaina. 

Przemyślę zatem, jak pisać i czy pisać, bo przecież dzień bez pisania jest dniem straconym. Postaram się jednocześnie nie zapomnieć powyższej rady, aby nie wpaść w blogomanię, którą ośmielę się nazwać blogoterapią – a tej nie potrzebuję – ani własnej ani cudzej. Dwa lata, a może więcej, pracowałam nad odszyfrowaniem zapisków w brulionie z lat 1939 do 1948. Kronikarskie notatki mojej Babci pisane były jakby dla przypomnienia tylko. Starałam się rozsupłać zagadkowe wpisy, uzupełnić, poszerzyć, wyjaśnić itp. Nie były pisane dla prawnuków, tym trudniejsze było moje zadanie. Świat żyje nową historią, dziś, tu i teraz, niechętnie grzebiąc się w historii tamtych lat wojny i tuż po niej. Dwa fragmenty opublikowałam Dziennik 1939tutaj. czerwiec 1940Zainteresowanie było duże, więc odważę się na publikację. Rzecz jest prawie gotowa. Dam znać. O ile to miejsce jeszcze będzie istniało do tego czasu.

Było kiedyś  http://www.wiadomosci24.pl/artykul/uciekam_od_blogow_361479.html

piątek, 5 stycznia 2018

Pięć lat minęło

Nie wiem czy złamię się i będę regularnie pisać. Na razie czekam co stanie się z Wiadomości24.pl.  Czy rzeczywiście przeprowadzka nastąpi?
W każdym razie drgnęło coś.
Książka, opracowany przeze mnie Dziennik Babci, sprzedaje się i ma dobre recenzje. Nie są to oszałamiające ilości ale też nakład jest mały i pewnie  niebawem się wyczerpie. Jeśli znajdę sponsora to zrobimy wznowienie. Póki co cieszę się, że koszty wydania  pierwszego wydania bardzo zmalały.

W24 zniknęły bezpowrotnie. Może i dobrze. 
DZiennik Babci, całe 500 egzemplarzy się rozeszło, koszty wydania się zwróciły. A zatem sukces, bo mogłam obdarować spory krąg osób zainteresowanych. 

A teraz ! 2023. sierpień. W czerwcu ukazała się moja książeczka. Całkiem moja, aczkolwiek oparta na wspomnieniach moich, które zebrałam od mojej mamy, od koleżanek i sąsiadek.
Podobno już tysiąc egzemplarzy się sprzedało.  Majątku nie zbijam na tym, bo dochód- moje honorarium przekazałam dla wydawcy, którym jest fundacja archiwizująca życie społeczne.