piątek, 19 grudnia 2025

Syndrom uchodźcy

W sierpniu 1989 roku uskrzydliła nas wiadomość, że Tadeusz Mazowiecki zostanie premierem. Byliśmy ciągle posiadaczami niebieskiego dokumentu podróżnego dla uchodźców. Co zrobić z tą nową erą, gdy nasze paszporty polskie zostały zdeponowane?


Ponieważ mija akurat 35 lat  od tamtych wydarzeń postanowiłam opublikować  aby trochę odświeżyć pamięć tamtych dni.   



Syndrom uchodźcy


...Czerwony Krzyż, zwrócił się do mnie z prośbą o wzięcie udziału w asystowaniu podczas przesłuchań uchodźców. Sama byłam uchodźcą i teraz miałam reprezentować Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych i Caritas, czuwać by procedura postępowania odbywała się zgodnie z literą prawa. Wydawało mi się, że co najmniej tak mój dyplom znalazł uznanie, jak i wpisy na listy polskich korporacji prawniczych, z których i tak mnie już dawno skreślono za ucieczkę zagranicę. Pisanie sprawozdań z każdego przesłuchania zajmowało mi mnóstwo czasu. Praca była charytatywna. Nasłuchałam się wiele ciekawych przypadków z wielu krajów. Czułam się pomocna.

W sierpniu 89 roku


(mieliśmy już za sobą osiem lat pobytu w Szwajcarii) uskrzydliła nas wiadomość, że Tadeusz Mazowiecki zostanie premierem. Najpierw nie mogliśmy uwierzyć własnym uszom. We wrześniu rząd został powołany i zatwierdzony. Byliśmy pewni, że jeśli utrzyma się przez miesiąc, to będzie znaczyło, że wchodzimy w nową erę. Tymczasem byliśmy ciągle posiadaczami niebieskiego dokumentu podróżnego dla uchodźców z reżimu państwa partii komunistycznej. Był to dokument tożsamości wydany na podstawie Konwencji Genewskiej uprawniający do podróżowania po świecie, inaczej mówiąc, dokument bezpaństwowca, osoby która korzystała z azylu politycznego. 


Co zrobić z tą nową erą, gdy nasze paszporty polskie zostały zdeponowane na policji szwajcarskiej? Proste, należy je odebrać. Co będzie z pozwoleniem na pobyt i pracę w Szwajcarii? Wyrzucą nas? Każą opuścić w kilkanaście godzin? Jak kiedyś kazali opuścić kanton berneński. Zbyt wiele pytań by mieć spokojne sumienie i jechać do wyśnionej Polski, by pozbyć się dręczącej nostalgii.

Korzystając z obecności podczas przesłuchań azylantów udałam się wprost do szefa policji z zapytaniem: co zrobi z naszym pozwoleniem na pobyt i pracę jeśli poproszę o zwrot polskiego paszportu ze względu na diametralną zmianę układu politycznego w Polsce? tym samym oddam jakże cenne i ważne prawo azylu politycznego i status uchodźcy. 


Posępna mina szefa wydziału i jego podniesione brwi domagały się wyjaśnień. Powiedziałam prawdę. Mój mąż nie może spać spokojnie ze statusem azylanta gdy opozycjonista jest premierem, gdy „Solidarność“ przejęła stery rządowe. Nie można znieść takiej nieuczciwości wobec siebie, wobec władz szwajcarskich i nowego rządu polskiego.

Chyba wprawiłam faceta w niezłe zakłopotanie, niewiele mówiąc poprosił o czas, obiecał wkrótce dać mi znać co zrobić z tym „fantem“ .

Nie czekając na odpowiedź zaczęliśmy pisać podanie, jak kiedyś podanie o azyl, mąż po niemiecku, ja po francusku, aby potem skleić z tego jedno solidne w którymś z języków. 

Gdy trzy dni później


przy okazji przesłuchania jakiegoś afrykańskiego uchodźcy, byłam znów w gmachu policji, szef sam poprosił mnie do siebie, oświadczając, że nic nie stoi na przeszkodzie złożenia takiej prośby, gdyż nie ma podstaw do wycofania nam nabytego prawa pobytu. Od razu złożyłam przygotowane podanie. Byliśmy pierwsi i jedyni, którzy odważyli się na ten krok tak szybko, prawie natychmiast, po powołaniu nowego rządu.

Następne trzy dni później znów mieliśmy nasze polskie paszporty w rękach. Paszporty, po które ponad 8 lat temu stałam w kolejce całą dobę pod gmachem MO. Teraz trzeba było je przedłużyć, gdyż dawno straciły swą roczną ważność. Pojechaliśmy do ambasady polskiej, której do tej pory unikaliśmy jak ognia. Jak zostaniemy przyjęci? Przecież to byli ciągle ci sami urzędnicy i ten sam ambasador i konsul, których do tej pory nie chcieliśmy znać. Nie wiedzieliśmy co nas czeka, jak zareagują. Gdy przy okienku przedłożyliśmy paszporty, to urzędniczka zaniemówiła. Nie miała żadnych instrukcji jak postąpić z takimi paszportami. Dwie godziny czekania, trzy godziny, to było siedzenie na rozżarzonych węgłach. Oddadzą czy nie oddadzą, przedłużą czy nie przedłużą? Uwielbiam robić zakłady ale tym razem zabrakło mi odwagi. 


pastedGraphic.png

Mając już nasze paszporty w ręce, natychmiast opętała mnie myśl by uwolnić się od tych cholernych koszmarnych snów. Co nas tam czeka? Wrócimy, czy zatrzymają nas? Jechać, nie jechać? O który  powrót ten lęk? O ten tam, czy ten tu? Czy to w ogóle można nazwać powrotem? Nie, to podróż na urlop, podróż do zostawionej bez pożegnania młodości, do rozrzuconych wspomnień, niczym papierów na biurku. Przecież wtedy wyjechaliśmy tylko na wakacje, a i teraz wyjedziemy tylko na tydzień urlopu. Jak spojrzeć w oczy przyjaciołom? Jak pozbyć się poczucia winy za to, że my siedzieliśmy sobie w cudownych Alpach szwajcarskich zamiast, wraz z rodziną i przyjaciółmi ponosić uciążliwości stanu wojennego, a z kolegami dzielić niedolę internowania? Czy nam wybaczą, że nie wracając, prosząc o azyl, naraziliśmy ich na dodatkowe nieprzyjemności i skutki? Czy będą mieli pretensje, że im odmówiono paszportów z naszego powodu? Będą oczekiwali czegoś od nas? A może w ogóle, ta cała zmiana jest tylko chwilowa, rząd upadnie i znów za nami spadnie kurtyna? Tylko po której stronie akurat będę? Ryzykować? Może poczekać trochę, chociaż z pół roku? Nie, nie, musimy pojechać tam jak najszybciej.

Skoro Mur Berliński padł bezkrwawo


to nie ma się czego obawiać. Jedziemy! Jedziemy do nas, do domu. W barbórkę dokonałam rezerwacji do Warszawy przez Wiedeń, odlot po świętach Bożego Narodzenia. Moja mama miała przyjechać do nas już na Wigilię, zostałaby z dziećmi te kilka dni. Wreszcie po 8 latach i 4 miesiącach chcieliśmy wrócić choć na chwilę na swoje śmieci, we własne kąty, dotknąć tego co wydawało się utracone, spotkać osoby za którymi tęskniło się tak bardzo. 

Przelot nad Tatrami


a ja czuję szybszy puls. Podano coś do picia i jedzenia, ale nie bardzo przechodziło mi przez gardło. Pasek w sukience uwierał w żołądek. Miałam wilgotne ręce, co nigdy mi się nie zdarzało i kurczowo trzymałam poręcz fotela. Lądowanie, brawa. Na płycie lotniska śmieci, śniegu nie było i nieskoszona trawa wyglądała jakoś niechlujnie. Samochody wojskowe krążyły wokół samolotu. Już przy wejściu do hali przylotów zaskoczył mnie widok uzbrojonych po zęby żołnierzy z ręką na karabinie. Miałam wrażenie, że nadal jest stan wojenny, że to wszystko, to znów koszmarny sen uciekiniera. Czekaliśmy w kolejce kontroli paszportów. Kłuły w oczy obdrapane ściany, obtłuczone bramki i brudna posadzka hali. Mąż wypchnął mnie pierwszą, sam ustawiając się na końcu kolejki. Głupio uczepił się obraz ze snu, że mnie zatrzymali, a on zdążył się cofnąć i pobiec do austriackiego samolotu. Strach ma jednak wielkie oczy.


Wykrztusiłam „dzień dobry“ podając paszport żołnierzowi za szybą. Podniósł głowę i lodowato spojrzał mi w oczy, jakbym powiedziała coś niezrozumiałego albo w obcym języku. Wziął w ręce mój paszport i starannie go przekartkował. - Kiedy pani wyjechała? pode mną ugięły się nogi a jego twarz miała ciągle kamienny wyraz. Nie zdążyłam odpowiedzieć gdy zapytał: A córka też przyleciała z panią? Na fotografii paszportowej byłyśmy obie. Po chwili starannej kontroli każdej strony granatowej książeczki i konfrontacji z jego czarną księgą, przybił pieczątkę i powiedział z grobową miną: następny! Uf, pomyślałam. Mężowi także poszło gładko, tylko ręce mu drżały gdy chował paszport. 


Dopiero teraz przypomniało nam się, że przecież powinniśmy po powrocie z zagranicy, a tak należało traktować nasz przylot, natychmiast oddać paszporty na Milicję. Nie, przecież pisze, że wielokrotny, lepiej nie myśleć, nie martwić się na zapas. Zawsze był termin do siedmiu dni, więc zdążymy. Tymczasem szok szarego otoczenia i zapyziałego lotniska robił wrażenie jakbyśmy przylecieli z innej planety. Dobrą chwilę czekaliśmy na bagaże przy jednej, jedynej taśmie na całe lotnisko. To tu ostatni raz rozmawiałam z Tatą, odprowadzał nas, żegnaliśmy się jakby tylko na chwilę, a nie na zawsze. 

Pociąg ekspresowy do Katowic


mimo, że był to wagon I klasy, przypominał regionalny pociąg II klasy włoskich kolei. Nieświeżość z każdego kąta wagonu drażniła nos. W Katowicach rodzina powitała nas wzruszająco. Z taksówek zauważyliśmy kolejki przy stacjach benzynowych. Pierwszej nocy w domu, obudziłam się w ciemnym pokoju, blask ulicznej lampy padał na portret babci. Patrzyła teraz na mnie uśmiechnięta w czarnej sukni i srebrnym lisem na ramionach. Babcia z obrazu spytała: Jak się, dziecko czujesz w domu? gdzie jest twój dom? Znów się uszczypnęłam. No, właśnie gdzie? Spać, spać, nie zastanawiać się.

Następnego dnia wyruszyliśmy na spacer po mieście.


Sklepy były pełne ludzi. Nie wiedzieliśmy co się dzieje. Podobno od Nowego Roku miały być nowe ceny, a zatem wszyscy wylegli z domów kupować co tylko się da, byle w starej cenie. 


Rodzina przyjęła nas gorąco i przy uginających się stołach. Nasze obawy i lęki okazały się bezpodstawne, nikt nie miał do nas ani żali, ani pretensji. Dziwili się, że jesteśmy tacy szczupli, ba! chudzi i pytali jak my jadamy? skoro tu im przybyło kilogramów, a my w kraju czekolady i dobrobytu zachowaliśmy sylwetkę. 

Poszliśmy do naszego kościoła, w którym przyjęłam wszystkie sakramenty u tego samego księdza. Niestety był już inny proboszcz. Smucił mnie jeszcze jeden „hamulec“. Nie potrafiłam udać się na grób Taty, który odszedł nagle na zawał serca w 1984 roku. Byłam w ciąży, stan wojenny jeszcze oficjalnie trwał i mając status uchodźcy nie mogłam przyjechać na pogrzeb. Nie mogłam odprowadzić ojca i pożegnać go. Nie zaakceptowałam jego odejścia. Nie trafiło to do mnie, że go nie ma. Nie miałam sił by skonfrontować się z grobowcem i napisem na tablicy. Nie byłam dość silna. 

Zafundowaliśmy sobie taksówkę do Bielska

Tu również ulice brudne, nie zamiatane, nie sprzątane. Gdzie podziali się ci wszyscy sprzątacze ulic? Przecież kiedyś byli widoczni. Teraz, nagle okazało się, że nikomu nie opłaca się pracować, za to na ulicach rozkwitł handel. Kupują, sprzedają gdzie popadnie, na ławkach, na gazecie, na betonie. Kupić i sprzedać można wszystko, ser, lornetkę, papier toaletowy, kawior. Słowem: szwarc, kwarc, mydło i powidło. Ludzie chodzą z garściami banknotów i wydają je. Wyglądało to jakby wszyscy byli w hipnozie oraz mówili tylko o pieniądzach. Mojej koleżance wypłacono pół pensji, gdzieś indziej by wypłacić pensję pożyczono pieniądze ze sklepu. Ludzie mówili kto komu ile płacił, ile pożyczył, ile będą wynosiły odsetki od kredytów, czy wystarczy na tydzień czy dwa, na ile dni oraz po ile jest dolar. Zrobił się straszny bałagan finansowy dla wszystkich. Ciągle przeliczenie dolara na złotówkę czyniło nas bogaczami dnia. 

Wieczór sylwestrowy u przyjaciół.


W willi z girlandami w ogrodzie mieliśmy witać nowy rok i nową Polskę. Pan domu w smokingu kroił pieczeń – udziec z dzika i ćwiartował bażanty. Mój mąż w sweterku trzymał półmisek. Bal jakiego nie oczekiwaliśmy, uczta smakołyków i trunków. Wyniesiono do ogrodu telewizor, tym sposobem wraz z warszawiakami na placu zamkowym otworzyliśmy szampana oraz wystrzelili sztuczne ognie. Panie narzuciły kożuchy i futra na balowe suknie, a ja moje palto. Cieszyliśmy się jak dzieci, wychylając kieliszki za Nową Rzeczpospolitą z orłem w koronie. Za nowe życie w nowej Polsce. Za niewiadomą. Za przyszłość. Szampan szumiał w głowie mimo mrozu. Pierwszego stycznia ruch na ulicach miasta zamarł i właściwie już się nie ożywił do naszego odjazdu. Taksówkarze płakali, że stoją i nikt nie przychodzi, a ludzie mówili, że będą oddawali tablice rejestracyjne. Benzyna zdrożała o 100% i podatek też. 

Chcieliśmy nadrobić te sto miesięcy nieobecności. Składaliśmy wizytę po wizycie. Wieczorem, kłębił się w głowie kalejdoskop twarzy i jakże osobistych opowieści. Zasypiałam zapominając o własnych niepokojach, o lęku o wyjazd, o dzieci


pastedGraphic_1.png

W Katowicach czekał na nas bilet do Warszawy, na taki sam ekspresowy pociąg I klasy tyle, że nie jak tydzień temu za 15 tysięcy lecz za 55 tysięcy. Nas jednak ta zmiana nie martwiła. 

W Warszawie


mieliśmy całą niedzielę na łażenie po mieście a wieczór na pójście do teatru Syrena. Wspaniali aktorzy, znakomite kostiumy a bilety wydały nam się śmiesznie tanie, bo tyle co cztery gazety codzienne a szatnia za darmo. Wrażeń moc, emocji wiele, spostrzeżeń tysiące. Np. że na każdym rogu ulicy jest kantor wymiany walut ale nie ma gdzie wypić kawy i zrobić siusiu. Znów „napadły“ mnie sny emigranckie. Śniło mi się, że nie pozwalają mi wyjechać z Polski, że nie mogę dodzwonić się do dzieci, że Mama nie daje sobie rady, że nie mam jak im pomóc i nie mam sposobu by znów być z nimi, nie mam już ciepłych rajstop ... kurtyna spada. Uszczypnęłam się, że to jednak sen. Zmieniłam koszulę nocną na suchą i starałam się zasnąć myśląc o plaży. Ale koszula drapie a prześcieradło ugniata. Czy wszystko spakowałam? Czy przejdziemy kontrolę? Czy żołnierz odpowie dzień dobry? Czy celnik się uśmiechnie? Nikogo nie zdziwi paszport, zdjęcie i pieczątki, i daty? Gonitwa niepokojów wróciła. Myślę, że do tego przyczynił się obejrzany w ostatnim dniu w Katowicach film „Przesłuchanie“ z Krystyną Jandą.


pastedGraphic_2.png

Byłam przekonana, że samolot odlatuje po 15 tej. więc z rana pojechaliśmy na Stare Miasto. Nagle olśnienie męża. Samolot odlatuje po 13 tej. Rany boskie, to zaledwie za półtorej godziny. Wsiedliśmy do taksówki na czerwonym świetle i popędziliśmy po walizki. Na szczęście spakowane. I tą samą taksówką na lotnisko. Nie było czasu na pożegnania. Sama myśl o przegapieniu samolotu sparaliżowała nas. Przecież przyjechaliśmy specjalnie wcześniej do Warszawy. Dzieci czekają. 

Tydzień przeleciał błyskawicznie


My śmignęliśmy niczym kometa i wracamy znów w inny świat. To w niedziele odlatują samoloty po 15 tej, a to już był poniedziałek. Staliśmy w kolejce do kontroli paszportów, następnie by nadać bagaże. Zapomniałam o panicznym strachu, o pieczątkach, datach, o żołnierzu. Celnik kazał sobie przynieść bagaże, bo taśma nie zakręcała do niego. Jeszcze deklaracja celna, jeszcze raz pokazany paszport i karta pokładowa i znów kontrola paszportu. Wszystko odbyło się mechanicznie i bez zgrzytu. Znów mnóstwo żołnierzy na płycie lotniska z kałachem w łapie. Wsiedliśmy do samolotu. Uf! Chyba po wszystkim. Za kilka godzin będziemy w domu. W Genewie okazało się, że nasze bagaże nie doleciały z nami. Ale to już nie było ważne. Pal sześć walizki, w których były głównie książki. My siedzieliśmy w pociągu, w czystym, pachnącym przedziale drugiej klasy, który punktualnie odjechał i dojechał, gdzie czekały na nas stęsknione dzieci i mama. Zdawaliśmy relację dzień po dniu. Najbardziej interesowały szczegóły przełomowej nocy sylwestrowej. 

- Mamo dlaczego orłowi nałożyli koronę? Czy będą mieli króla? 

- Cicho Mały. Tato, przecież to była wasza podróż w czasie do przeszłości w przyszłość. - zdumiona refleksją córki, odrzekłam - No, tak pewnie znów oglądaliście dużo filmów. 

Dzięki tej podróży w czasie ubyło nam bagażu, nie tylko walizek. Bezpowrotnie uwolniliśmy się od syndromu uciekiniera, koszmarnych snów uchodźcy, które już tylko pozostały wspomnieniem podziału Europy żelazną kurtyną. Wolność i demokracja przestała być tylko marzeniem. 

Nasze walizki dotarły drugiego dnia. 

Barbara Romer Kukulska

niedziela, 16 sierpnia 2020

Papierośnica i przyzwoitość.

PAPIEROŚNICA 

Pierwsze dni maja 1945 były ciepłe i słoneczne. Miała przed sobą parę kilometrów marszu. Kilka metrów przed nią szedł wolnym krokiem mężczyzna w łachmanach, okrywających jakby znajomą sylwetkę. To był dr

Jan J. - lekarz z sąsiedniego miasteczka, którego ostatni raz widziała tuż przed

wybuchem wojny. Dogoniła go. Nie od razu ją rozpoznał, bowiem przez lata wojny z

podlotka wyrosła na kobietę. Zaprosiła doktora na obiad do domu. Po drodze

opowiedział jej w skrócie, że stracił cała rodzinę i cały majątek. Nie wiedział gdzie

zginęła jego liczna rodzina. W Treblince, Majdanku, czy Auschwitz ? Nie wiedział,

gdzie się podziać i dokąd udać, właściwie to tylko chciał odwiedzić ich przyjazny dom.

W domu czekał na Annę Ojciec. Już na progu obaj panowie uściskali się serdecznie.

Ostatnio w tym domu grali razem w brydża w sierpniu 1939 roku… Boże, ile od tego

czasu się wydarzyło! Tylko niespełna 6 lat a wydarzeń i emocji mnóstwo, tragicznych i

szczęśliwych przypadków. Dużo było do opowiadania. Po obiedzie panowie poszli do

gabinetu na pogawędkę oraz gorącą herbatę ze świeżej mięty. Spodziewano się lada

dzień, lada chwila ogłoszenia końca wojny i kapitulacji Niemiec. Z Lublina nadchodziły wieści o utworzonym nowym rządzie. Pachniało wojną domową. Było więc o czym dyskutować.

W trakcie rozmowy Ojciec Anny wyjął z długiej szuflady czarnego dębowego biurka złotą papierośnicę i podał ją gościowi.

Doktor Jan zaniemówił, opadł na oparcie skórzanego fotela. Tego samego, w którym siedział tamtego lata w 1939 roku, kiedy to zaginęła mu owa papierośnica.

Historię papierośnicy doktor słuchał z niedowierzaniem. A było to tak:

W wieczór wigilijny 1940 roku, jeszcze przed zmierzchem, zapukał do drzwi oficer niemiecki z zarządu fabryki. Od niedawna zajmował przyfabryczny drewniany budynek, w którym przed wojną - z racji funkcji - mieszkał ojciec Anny.

Otworzywszy drzwi, Anna zobaczyła w dłoniach oficera dwa kubły węgla. Zapytał czy może wejść do małego mieszkania.

Postawił kubła na podłodze ale rozmowa się nie kleiła, Anna nie znała niemieckiego. Dopiero gdy wrócił z fabryki jej Ojciec, który znał ten język, oficer wyjął z kieszeni i podał mu złotą papierośnicę. Twierdził, że znalazł ją w skórzanym fotelu, między siedzeniem a oparciem. Był przekonany, że papierośnica jest własnością Ojca Anny, przedwojennego posiadacza fotela i mieszkańca służbowego domu, obecnie zajmowanego przez okupantów. Napis na papierośnicy "Zawsze Twoja Niunia" nie zdradził semickiego właściciela tego cennego przedmiotu.

Anna pamiętała doskonale, że papierośnica należała do dr Jana J, z którym jej Ojciec grywał regularnie w brydża, a o którym od wybuchu wojny słuch zaginął. Milczała… Mocno zdziwiony Ojciec podziękował i odebrał od oficera papierośnicę. Po pięciu latach mógł ją oddać osłupiałemu ze zdziwienia prawowitemu właścicielowi, który teraz, w maju 1945 roku, ponownie siedział w tym samym fotelu, jak tamtego sierpniowego wieczoru 1939 , kiedy to jego papierośnica wpadła między siedzenie i oparcie skórzanego fotela.

Epilog

Papierośnica, przyzwoitość i koniec wojny 07.12.2016, 23:26

http://www.wiadomosci24.pl/artykul/drukuj/papierosnica_przyzwoitosc_i_koniec_wojny_269245.html?drukuj=1 Strona 2 z 2

Doktor Jan J. uratował się z holokaustu gdzieś za Bugiem, schowany u dobrych ludzi.

Papierośnicę spieniężył, a uzyskana kwota umożliwiła mu poszukiwanie dlaszej rodziny, oraz pozwoliła przetrwać ciężki okres po wyzwoleniu. Mógł zacząć jakie takie życie. Samotnie, bo zbyt był już zbolały by zaczynać życie od początku... Leczył chorych, pomagał potrzebującym.

niedziela, 25 lutego 2018

Pele i Stadion Śląski


Habemus Bajbus ( przypomniało mi się z okazji... )

Kompletnie zapomniała o swojej szczęśliwej siódemce. Uśmiechała się, gdy kopałam i wierzgałam, bo nie czuła się samotna od momentu, gdy pewnego dnia Anna obudziła się z dziwnym uczuciem. – Świetnie spałam – pomyślała. Zastanawiał ją dziwny stan błogości w jaki właśnie wpadła. Czuła się nadzwyczajnie. – Jestem w ciąży – pomyślała z mieszanymi uczuciami. Nie była przygotowana na macierzyństwo. Była ładna, szalenie zgrabna, o idealnej figurze modelki. Nie bardzo miała teraz ochotę na tego "trzeciego" w jej egzystencji. 

Ja 

– To jest chłopak – myślała dotykając lekko brzucha. Oczywiście chłopak, bo jakżeby inaczej, cała rodzina czeka na chłopaka. Gdy oznajmiła mężowi swą niesprawdzoną jeszcze nowinę, wykrzyknął: O! Habemus Bajbus, to mamy Bajbusa! Dotknął lekko jej płaski jak deska brzuch i szepnął: Dzień dobry Trzeci. Witaj Bajbus! 

Mama 

Tymczasem Anna z niepokojem myślała o czekających ją długich dziewięciu miesiącach. Chodziłyśmy na wykłady: statyka, ekonomika przemysłu itd, a ja rosłam sobie w brzuchu Anny, huśtana wygodnie. Zaliczyłyśmy semestr zimowy i sesje egzaminacyjną, a na letni zabrakło nam sił. Anna bardzo życzyła sobie, aby junior urodził się właśnie teraz, w 30 urodziny męża. Kompletnie zapomniała o swojej szczęśliwej siódemce. Uśmiechała się, gdy kopałam i wierzgałam, nie czuła się samotna. Czas dłużył się. Mnie się nie śpieszyło i huśtana wygodnie przespałam wszystkie siódemki, czym zawiodłam ją po raz pierwszy. Wreszcie pierwszego wynurzyłam się z jej brzucha. Owiał mnie chłód i suchość powietrza, poczułam klapsa na pupie, po czym mój doniosły wrzask rozległ się na korytarzu... 

Ołówek kopiowy położnej 

– Ma Pani córeczkę – powiedziała położna. – Dziewczynka? – zdziwiła się Anna. Nie, to przecież niemożliwe, to jest syn, tak na pewno chłopak – wykrztusiła z siebie. – Jeśli Pani nie chce tej ślicznoty, to włożymy ją z powrotem – bardzo poważnie oświadczyła położna, widząc zawiedzioną minę Anny. Trzymała mnie owiniętą w kocyk i kołysała delikatnie. Ciągle czułam tego klapsa na mojej pupie i wrzeszczałam ile tylko mogłam. – Ale ma głos i płuca – westchnęła położna. 

Anna była strapiona, nie wiedziała co powie mężowi, jak nazwać „to dziecko“ i w ogóle jak się takie maleństwo trzyma, przewija i kąpie. Nigdy właściwie nie trzymała w rękach noworodka. Ba! Wszystkie niemowlaki jakie do tej pory oglądała wydawały się jej prawie jednakowe i wszystkie tak samo brzydkie. Tymczasem położna bardzo troskliwie się mną zajęła, a następnie położyła mnie koło Anny. Teraz patrzyłyśmy na siebie dłuższą chwilę w milczeniu. Ona starała się zapamiętać moją twarzyczkę. Czułam jak opisywała ją w swoich myślach. Bacznie przyglądała się położnej, gdy ta obwiązywała mi rękę paskiem z wypisanym kopiowym ołówkiem nazwiskiem, do którego ona sama jeszcze się nie przyzwyczaiła. Przespałyśmy do rana. Niestety nie obok siebie. Bardzo mi brakowało jej bliskości i jej ciepła, oraz bujania. Ciągle czułam chłód i głód. Jeszcze tej nocy przyssałam się do ciepłej miękkiej góry. Pachniała mamą, ssałam z całej siły, ale głód nie ustępował, nic nie leciało. Ze zmęczenia zasnęłam. 

Tata 

Rankiem obudził mnie hałas. Człowiek, który stanął nade mną wrzasnął: Jaki śliczny Bajbus. Śliczne Pupi – młody mężczyzna patrzył się na mnie szarymi oczami. Miał regularne rysy, zgrabny nos, włosy zaczesane od czoła do tyłu, mocno skręcone, brązowe. – Bajbus, to ja Twój ojciec, Twój tato, a teraz Ty jesteś moje Pupi – powiedział pół szeptem, pochylając się nade mną. – Popatrz Aniu, Bajbus się do mnie uśmiecha. – Och – westchnęła Anna. – Oby Bajbus był taki jak obie bajbusowe babcie. Anna z coraz większą czułością brała mnie - Bajbusa - na ręce. Patrzyłam w oczy Annie, gdy ssałam pachnące góry, lekko dotykając piąstką jej ciała, ciała mojej mamy i zachłystując się cudownym nektarem szybko go połykałam. Martwiła się bardzo jak sobie ze mną poradzi, gdy wrócimy do domu. Przyzwyczajałyśmy się do siebie. Kilka razy dziennie pochylały się nade mną jakieś postacie, które nie szczędziły zachwytów nad „słodkością“ i urokiem Bajbusa. 

Dziadek 

W końcu wynieśli mnie ze szpitala owiniętą w puchowy becik wprost do samochodu, uderzyła jasność punktu na niebieskim tle. Zamknęłam oczy. Dopiero gdy pokanaliśmy ileś kroków w górę, otworzyłam jedno oko. Tata trzymał mnie w ramionach i dzwonił do drzwi, które natychmiast otworzył wysoki, prawie łysy człowiek, ale z włosami pod nosem. – Tato, to jest Mój Bajbus, moje Pupi – powiedział dumnie mój tata. Aha, więc to była prezentacja dziadkowi, i choć uwierała mnie mokra pielucha, nawet nie pisnęłam. – Gratuluję – odpowiedział. – Od teraz mój synu masz głowę pełną zmartwień przez całe życie – skwitował i mrugnął do mnie znacząco. Aha, to zapowiadało dobrą, szczerą przyjaźń z dziadziem. Mama była zmęczona i czekała na nas w samochodzie. 
Sierżant 
Zatrzymał nas patrol drogowy. Zwykła rutynowa kontrola. Tata bardzo zniecierpliwiony podał dokumenty swoje i pożyczonego samochodu. – Panie sierżancie, nie widzi pan? Najcenniejszy skarb wiozę! Syna wiozę, syna!. Bajbus ma 8 dni i już czas najwyższy do domu, muszę Bajbusa wykąpać, a pan nas zatrzymuje. – Bajbus! Daj głos, bo pan sierżant gotów nie uwierzyć. Usłyszawszy rozkaz nie miałam zamiaru być nieposłuszna Tacie, przecież dopiero co się poznaliśmy, zatem mimo że byłam najedzona i drzemałam wygodnie, rozdarłam się z całych sił. Mój donośny głos, który już w szpitalu wyróżniał się od innych, było chyba słychać aż na 4. pietrze w kamienicy, gdzie siedział w fotelu dopiero co poznany starszy wysoki mężczyzna, trochę zawiedziony, że na ciągłość rodu będzie trzeba poczekać. 

Moja rodzina


 Któregoś ranka mama pochyliła się nade mną i przyglądała się uważnie. Tak samo, jak wówczas pierwszego dnia, odrysowywała teraz z pamięci każdy szczegół z mojej twarzy. – Wiesz – zwróciła się do męża – śniło mi się, że w szpitalu zamienili nam Bajbusa. – Aniu, no co Ty, to niemożliwe, nie martw się. Nasz Bajbus jest nasz, i jest jedynym Bajbusem na całym świecie, na dodatek urodzonym w Dniu Dziecka. Nawet gdyby zamienili, to przecież wszystkie dzieci są nasze. Spij, spokojnie.

czwartek, 1 lutego 2018

Me Too ?On nie winien ona winna bo pozwalać nie powinna

Chyba każda kobieta ma jakieś doświadczenie w kwestii molestowania, dwuznacznej męskiej gentelmenerii, szantażu i niemoralnych propozycji lub po prostu podrywu. O ile mnie pamięć nie myli, to faceci gdy prawili kobiecie komplementy i szeptali niedwuznaczne propozycje, czyniąc przy tym kontakt osobisto-zaczepny, to czuli się dżentelmenami, adonisami. Niektórym kobietom schlebiała tego typu "szarmanckość". Lubiły gdy facet tak podrywa, łapie za kolano, klepie po pupie lub w oparciu o ścianę całuje... albo leniwie podnosi jej rękę aż do swych wąsów, wyprostowany jakby kija połknął, zatrzymywał usta na powierzchni dłoni. Słyszałam nie raz jak dziewczyny przy kawie wymieniały doświadczenia i opowiadały nie jedną taką przygodę biurową, co to ni to flirt, ni początkujący romans. 
Niezapomniany obrazek mam przed oczami. Facet z lubością ogląda wisiorek na szyi pięknej dziewczyny. Wisiorek wziął w palce muskając jej piersi westchnął: ach jak chciałbym być tym wisiorkiem i ponownie musnął dłonią, niby przypadkiem. Kobieta nie wytrzymała i chlasnęła go w twarz. Ksiutą przecież być nie chciała. Straciła pracę, bo on był na "fotelu". Co innego szantaż, coś za coś, za pójście do łóżka. no właśnie co ?

Co do mnie, to bardziej dotknęły mnie dyskryminujące odmowy na podanie o pracę.
"nie mogę Cię przyjąć do pracy, bo zaraz wszyscy powiedzą, że jesteśmy kochankami". "Gdy wyjdzie pani z tego gabinetu z moim podpisem posądzą nas o romans" "Młoda mężatka? zaraz mi zablokuje etat urlopami macierzyńskimi, i jeszcze powiedzą, że dziecko jest moje"- stwierdził starszy od mojego ojca dyrektor. Wyszłam i płakałam całą powrotną drogę. A następnego dnia był telefon, że bierze ryzyko na siebie i mam przyjść do pracy.

No i jakoś udało mi się różne rzeczy osiągnąć, o dziwo bez "molestowań" i niemoralnych propozycji. Czy to znaczy, że aż tak szkaradna byłam...? ;-)

piątek, 19 stycznia 2018

O palcach dłoni i... pierścionkach.

Czy w grze w tenisa czy w kuchni, w szermierce,  w pisaniu, nasze dłonie i palce odgrywają ważną rolę. Nie tylko pracują, również zdobią, te zadbane, gładkie i ozdobione. Pielęgnacja dłoni jest często zapomnianą czynnością higieny codziennej. Pilniczki z całym arsenałem narzędzi to ważny komponent w kosmetyczce, nie zapominając o kremie do rąk. Manicurzystki albo zrobią z naszymi dłońmi cuda albo same będziemy czarowały tak by dłonie były boskie, nawet gdy są spracowane. Wiem, wiem, nie każda/y ma dłonie pianisty, smukłe, długie, pięknie kształtne.
Władzio Liberace, genialny muzyk, który z klasycznej gry na fortepianie zrobił spektakl rozrywkowy, był chyba jedynym pianistą grającym w pierścieniach. Żaden inny pianista nie odważył się grać mając na palcach kilka olbrzymich kamieni wmontowanych w pierścionki. Taka demonstracja biżuterii była kiedyś zarezerwowana dla bizantyjskich władców. Wkładano je wówczas na palec, na który wielkością pasował pierścionek, sygnalizował bogactwo i władzę. Z czasem sprawa noszenia biżuterii ewoluowała i nabrała finezji. Pierścienie nosili mężczyźni stanu rycerskiego. .Jednak nie każdy palec nadawał się do noszenia pierścieni. W czasach łuku i kuszy, najważniejszym był palec środkowy. To na nim opiera się strzała gdy łucznik napina cięciwę. Złapanemu jeńcowi obcinano właśnie ten palec, by przestał być niebezpiecznym. Toteż pokazanie wrogowi środkowego palca znaczyło wówczas: Jestem groźny i jeszcze dosięgnie cię moja strzała. Palec ten, jako że najdłuższy, najlepiej się nadawał do medycznych praktyk badania i uzdrawiania. Wkładał go więc medyk w ludzkie otwory. Rycerze nosili rękawice więc pierścionek pod rękawicą tylko na małym palcu i na serdecznym nie przeszkadzał  szczególnie w fechtunku mieczem czy szablą. Z czasem kobiety przejęły te obyczaje. Noszenie rękawiczek ograniczało noszenie pierścionków, nawet na bal nosiło się rękawiczki za łokieć. Elegancja nabierała innych wartości, liczyła się jakość i skromność a nawet piękno prostoty. Oczywiście ważnym jest noszenie odpowiedniego pierścionka, biżuterii do odpowiedniej pory dnia. Im kamień w pierścieniu wartościowszy tym miał skromniejszą oprawę, taki pierścień zarezerwowany jest na uroczystą okazję oraz ma miejsce na palcu serdecznym, czyli czwartym. Na bal czy ślub obciążamy biżuterią głowę, szyję, uszy a najmniej palce.  Mały palec może zawsze zdobić sygnet. Środkowy, niewygodny i mający pejoratywne znaczenie do dziś, pozostał obowiązkowo "goły". W kręgach dyplomacji, arystokracji,  ziemiaństwa i wzorującej się na nich inteligencji całej europy, te kanony przyjęły w tradycji savoir vivru. Dodać trzeba, że gestykulowanie dłońmi w trakcie rozmowy było wielce nietaktowne gdyż machało się pierścionkami w oczy rozmówcy. (Panienkom na ostatnim i pierwszym palcu przypinano małe dzwoneczki, by oduczyć się nadmiernej gestykulacji.) Tylko Władziu szalał po klawiaturze dłońmi z pierścieniami. Jemu uchodziło. Na Władziu Liberace wzorowali się liczni artyści toteż moda na noszenie imponujących, wielkich pierścieni z estrady zeszła w tłum fanów. Jednak na żadnym z oryginalnych zdjęć tego pianisty nie zauważyłam by nosił cokolwiek na palcu środkowym. Ale....tempora e mores mutantur.  Barb. RK.